Z życia wzięte

Spieprzyłam wszytko!

Znowu to zrobiłam. Wzięłam, go w rękę i strzepnęłam za mocno, a przecież tak się starałam zrobić o delikatnie i z uczuciem… Nie pomogło nawet tarcie i zwilżanie… Cholera całe pieprzenie i nasza przyjemność poszła na marne!*

Jestem gospodynią domową rodem z polski, a dokładnie z Krakowa. Wiadomo co o nas krakusach, mówi się na mieście. Centusie, skąpcy, z jednej torebki herbaty potrafią wyczarować trzy kubki tegoż napoju. I co ja mam na to odpowiedzieć, skoro taka jest prawda? Po co Wam to piszę? A no po to, byście mnie dobrze zrozumieli.
Postanowiłam, że zrobię sobie na obiad gotowane nogi z kurczaka. Wiecie, dietetycznie i smacznie. Niby prosta sprawa, zalać truchło wodą i po robocie, ale odezwał się we mnie typowy krakus i nakazał zrobienie zupy.
No przecież wywar nie będzie się marnował, a że akurat sezon przeziębieniowo-grypowy to i rosół by siadł. Kurczaki naszpikowane antybiotykami więc i profilaktyka zostałaby zachowana.
Tak też zrobiłam.
Wszystko szło zgodnie z przepisem.
Nogi z garnka nie uciekły, warzywa pokrojone bulgotały w towarzystwie przypraw i widać było, że jest im dobrze.
Kot tylko od czasu do czasu wskoczył na blat, by sprawdzić, czy ten kurczak co tam pływa, jednak nie zechciałby się z nim bliżej zapoznać.
Nikt nie przewidział tego, co miało dopiero nadejść.
Dobra, przyznaję się, trochę w tym mojej winy. Zamyśliłam się nad tym, że mam straszliwego kawowego pecha. Za każdym razem, gdy zdradzę swoje miejsce pracy na rzecz innej kawiarni, mam rozstrój żołądka. Boli jak cholera i strach zagląda w oczy przy kichaniu. Pewnie dlatego też na siłownię ubrałam czarne spodnie… W takim gównianym nastroju dokańczałam gotowanie.
*Nie patrząc co robię, chwyciłam pieprzniczkę i tak trzepnęłam, że pół słoiczka zawartości wraz z nakrętką wylądowała w zupie. Zamiast rosołu jest, woda z czarnym trupem, bo większość jednak osiadła na kurczaku. Niestety w momencie zeskrobywania drobinek pieprzu z nogi, ta wyślizgnęła mi się z ręki i chlupnęła tak, że wszystko się zmieszało i już nie było jak przeprowadzić akcji ratunkowej.
Najgorsze jest to, że jednak mój Centuś nie dał za wygraną i postanowiłam ratować rosół, zamieniając go, jak na prawdziwą gospodynię domową przystało w pomidorową. Wiecie, to będzie taka mocno popieprzona pomidorówka… Popieprzona jak ja!

Opowiadania

Jednodniowe milionerki.

Wagary od codzienności.
Móóóóój Booobrze!
Jaka ja jestem zmęczona. Powiem Wam, że życie w luksusie jest męczące, dlaczego? Otóż…
Już na samym początku goniłyśmy gościa, który ukradł nasze walizki. Rozumiecie. Podchodzisz do schodów, a tu wybiega chłop i się z Tobą szarpie. Zaczynasz się zastanawiać, co też upchałaś do bagażu i czy jest sens walczyć o dobytek, ale przypominasz sobie, że masz tam książkę, której jeszcze nie skończyłaś czytać i gacie, które elegancją nie grzeszą.
Dopiero po chwili chomiki biegające w Twojej głowie uruchamiają mózg i zwoje zaczynają pracować. Przecież to nie żaden złodziejaszek, a konsjerż. Tu, też doszłam do wniosku, że muszę zacząć dietę, bo chyba i moje gryzonie upasione, bo bardzo wolno reagują. Dobrze, że nie zdążyłam wyprowadzić obezwładniającego ciosu karate!
Ale, ale skąd ta walizka? Otóż…
Wczoraj wieczorem wraz z Beatą pojechałyśmy do Dromoland Castle. Zamku przerobionego na pięciogwiazdkowy hotel. Zrobiłyśmy sobie wagary od codzienności. Dwadzieścia cztery godziny wolnego umysłu. Nie myślenia o tym, co zrobić na obiad, czy zwierzęta nakarmione, a jak nie to DLACZEGO KURŁA ZNOWU NIKT O TYM NIE POMYŚLAŁ, czy ktoś znów jadł z podłogi, bo nakruszone jakby ten gościu co krakowskie gołębie karmi na rynku przeniósł się do nas do domu.
W każdym razie było pięknie, luksusowo, smacznie i na bogato.
Nie pamiętam kiedy ostatni raz na kolację szykowałam się ponad godzinę. Makijaż, fryzura, buty na obcasie. Nie oszukujmy się. Po domu w buciorach się nie gania, a do zwykłej pomidorówki nie będę ubierała obciskających rajstop. Ale taaaaam … to inna historia. W końcu z obrazów zerkają na Ciebie hrabianki i inni niegdyś ważni obywatele ziem Irlandzkich.
Wracając jednak do samej kolacji.
Kiedy ostatni raz odsunięto Ci stołek, gdy zasiadałeś drogi czytelniku do stołu? (Nie, odsuwanie krzesła dla zabawy, żebyś się wywalił się nie liczy!) a kiedy serwetkę ktoś kładła na Twoich kolanach? Choć teraz jak tak sobie myślę, to może specjalnie to zrobili żebym nie musiała się intelektualnie wysilać, nad tym co z nią zrobić. Ale niee, słomę z butów wyciągnęłam przed wejściem do hotelu, więc to pewnie takie mają zasady.
Wracając jednak do samej kolacji…
Jako poczęstunek od szefa kuchni było takie cuś… malutki okrągły krokiecik z mięskiem w środeczku… (dlaczego tak zdrabniam? A no dlatego, że te porcje były tyciusieńkie) pyszne to było fakt, aleeeee nie byłabym sobą, gdybym nie trafiła mi się kość. Móóóój Bobrze, toć ja powinnam wystartować w jakimś programie dla nieszczęśników kulinarnych.
Na przystawkę wybrałam sobie nogę z kaczki w sosie serowym i kukurydzą. Oczywiście nazwy były nie do wymówienia, więc z gracją i elegancją pokazywałam paluszkiem, co chciałabym spożyć. Bo musicie wiedzieć, że wraz z Beatą zachowywałyśmy się jak damy! Co prawda pod stołem na szybko zapytałam wujka Googla, jak powinno się odstawiać sztućce na talerzu żeby pokazać, że smakowało.
Później na stół wjechał szampan, sałatka z dwóch plasterków mozzarelli, trzech plasterków pomidora i szczyptą orzechów… Oblane to jakimś sosem, no ale nie czarujmy się. Takie coś to i ja sobie w domu zrobię i to na pewno nie za dziesięć euro.
Na główne danie wybrałyśmy sobie wołowinę z delikatnym pure ze szpinaku, coś tam z czymś tam wraz z … uwaga fuagra. Se myślę po pierwsze, skoro ta kaczka i tak już straciła życie, a ja w żołądku mam jej nogę, to niech połączy się po śmiertelnie ze swoimi wnętrznościami. W końcu wątroba ważna część, a i ja miałam w planach spożywanie alkoholu, a co dwie wątroby to nie jedna! A po drugie, nie czarujmy się, w życiu nie będzie mnie stać na to by ją zamówić w normalnych warunkach i poznać jej smaku.
Na deser znów zaszalałyśmy, bo wyskoczyłyśmy z sufletem. Jakież to było dobre!
Zresztą wszystko było przepyszne. Na samej kolacji zeszło nam dwie godziny!
Rozumiecie? Przez bite dwie godziny zżarłyśmy, o przepraszam, skonsumowałyśmy pięć mikroskopijnych dań, ale najadłyśmy się jakbyśmy wsunęły ze trzy talerze schabowego.
Po skończonym posiłku wróciłyśmy do pokoju, zrzuciłyśmy te wszystkie fatałaszki, biżuterie, zmyłyśmy maski, ubrałyśmy się w pidżamki i już typowo po polsku głaskałyśmy się po napełnionych brzuszkach. (Każda po swoim, rzecz jasna)
Na drugi dzień wyspane, nie mniej eleganckie zeszłyśmy na śniadanie, które już tak dobre nie było, ale to tylko dlatego, że nie rozumiem Irlandzkiego upodobania do nadmiernego używania sody w każdym z mącznych dań.
A teraz? A teraz chcąc poczuć się nadal jak dama, do posiłku przywdziałam rajty, spódnice i pozwoliłam Konkubentowi zrobić mi kolację. Chłopina się postarał i nawet wymazał talerz ketchupem bym mogła poczuć się znów jak królowa.
Istnieje również możliwość, że ten ketchup to spadł mi po prostu z burgera.
Także tego…
Beata jeszcze raz dziękuję, że postanowiłaś się ze mną podzielić swoim czasem i nagrodą, było pięknie!
Maćku i Tobie dziękuję za to, że nie pozwoliłeś mi do siebie dzwonić, bym mogła choć na chwilę zapomnieć o obowiązkach.

Z życia wzięte

O moim literkowym dilerze w Irlandii.

Z pamiętnika książkoholiczki.
Ostrzegam Was moi mili w tym poście przed zgubnym działaniem takiej strony jak „Zaczytani w Irlandii”, a już przede wszystkim przed dilerem, jaki się pod tą stroną podszywa.
Ta kobieta to książkowe zło, uwierzcie mi na słowo.
Niby tak ładnie się do Was uśmiecha, zawsze miła, grzeczna, uprzejmie odpisuje na wasze wiadomości. To tylko wypucha!
Ona tylko czeka na takich jak ja, spragnionych papieru, drukowanych literek, szelestu kartek, tego delikatnego podmuchu powietrza, który wzmaga się, gdy szybko wertujcie strony.
Ona doskonale zdaje sobie sprawę, że wciągam literki nosem, a zapach farby drukarskiej działa na mnie jak afrodyzjak. Wie, że nie mogę zasnąć bez codziennej dawki literatury i ONA to perfidnie wykorzystuje. Co chwilę wrzuca na stronę nowości wydawnicze, co więcej dba o, to bym nie przegapiła premiery swojej ukochanej serii! Uzależniła mnie od siebie.
To przez nią i przez pana Wiśniewskiego ostatnio nie mogłam się skupić na pracy. Zostało mi ledwie parę stron do skończenia książki, a zegarek nie chciał cofnąć się o kilka minut by dać mi czas na dokończenie powieści. Wpadłam zatem do roboty i zapowiedziałam, że zacznę, jak skończę! Nie udało się, bo ludzi się nalazło i już od progu wołali, KAWY DAJCIE! Odłożyłam książunię karnie na stolik i stanęłam za kawiarką. Najszybciej jak mogłam, wydałam milion Flat łajtów, amerykanów i innych takich obco brzmiących kaw. Gdy tylko kolejka skończyła się formować, zostałam wyrzucona na zaplecze celem dokończenia książki, bo trzęsłam się, jakbym co najmniej sama wypiła te wszystkie kawy. No ale litości! Tak się nie robi czytelnikowi. Nie zostawia się rozwikłania tajemnicy na ostatniej stronie!
Wracając jednak do mojego literowego dilera.
Ona strategię marketingową ma obcykaną do perfekcji. Czemu? Ha!
Zdarzyło się, że byłam na głodzie. Rozumiecie, czytnik ebooków nie zastąpi tych wszystkich doznań.
Czasami potrzebuję pomacać książkę, popieścić strony, rozkoszować się jej ciężkością, wtulić w jej gładziutkie stronice…
I wtedy Ona mówi „NO TO WPADNIJ DO MNIE, MOGĘ CI COŚ POŻYCZYĆ”. Rzucam wszystko i lecę, rozkoszuję się widokiem równo poukładanych książek, dotykam grzbietów, palcami delikatnie sunę po literkach, oddech przyspiesza, w głowie wiruje i już wiem, że przepadłam. I ONA też to wie! Doskonale zdaje sobie sprawę, że następnym razem jak wystawi jakąś nowość, to ja po nią sięgnę.
Będę pracowała więcej i ciężej, szerzej uśmiechała się klientów, bo to przeważnie z ich napiwków kupuję książki.
Dlatego też moi mili ostrzegam Was, jeśli kochacie czytać i jesteście uzależnieni od literatury jak ja, a do najbliższej polskiej księgarni macie jakieś sto kilometrów, to trzymajcie się od Aśki z daleka, bo przepadniecie z kretesem… Wykorzysta waszą miłość, sponiewiera portfel i zostawi z głową pełną nowych historii, wiedzy i ubogaci wasze życie kulturowe.
NIE DAJCIE SIĘ JEJ WCIĄGNĄĆ! Nie zaglądajcie na „zaczytani w Irlandii”, bo przepadniecie!

Opowiadania

Wieczorne czytanie.

…Z cyklu wieczorne czytanie…

Mój bobrze włochaty, pamiętasz ile łez wylałam na książki tego pana( „samotności w sieci” i „los powtórzony”)?

Ileż drzew ucierpiało kładąc swe konary na chusteczki, którymi musiałam wycierać nie tylko mokre policzki, ale i nos z którego kapało jak z kranu, bo Kuba… bo ta dziewczyna, której imienia już nie pamiętam, bo ta ich miłość taka wielka. A to wszystko nie napisane jak ckliwy romans dla podstarzałych pań.

Ta historia nadal siedzi głęboko w mojej duszy i macha nóżkami z niecierpliwości na kontynuację tamtej historii.

Dlatego też odkładam na dziś telefon i pozwalam się porwać panu Januszowi.

Janusz Leon Wiśniewski „koniec samotności”

Z życia wzięte

Wyczerpanie intelektualne i cebula z pomidorami a’la Macek eM.

Pierwsze jesienne przeziębienie, zaliczone. Czuję się przeokropnie. Nawet nie mam sił podnieść kubeczka z herbatą… No dobra. Spójrzmy prawdzie w oczy, to nie jest jakiś tam zwykły kubek, to coś pomiędzy wiadrem a nocnikiem. Cóż, duża kobieta, duże potrzeby. Wychodzi na to, że bieganie w czasie deszczu po mieście nie jest dla mnie. Oj, przepraszam. Jestem wam winna wyjaśnienie. To nie było bieganie w celu rekreacyjnym, tylko szybki trucht do auta, bo bilecik z parkomatu się przedawniał. Jeszcze byście pomyśleli, że fizycznie się przemęczam.
Jak się było młodym, to można było więcej. Szaleństwa w deszczu, śniegu, a teraz? Teraz to już o dziewiątej wieczorem, leżę w łóżku z książką i oszukuję sama siebie, że zasypiam nie ze zmęczenia, tylko z wyczerpania intelektualnego.

Zresztą, przybyłam tu do was nie po to, by się użalać nad sobą (choć wy troszkę możecie mnie pożałować i wysłać kuriera z książkami pod mój adres, żeby umilić mi wylegiwanie się w łóżku).
Ostatnio w naszym domu panuje przetwarzanie kulinarne. Po tym, jak Konkubent Maciej w szale sprzątania szafek wyrzucił budynie, kisiele, jakieś sosy z 2014 roku postanowiliśmy najpierw wykorzystać zasoby kuchenne, a później dopiero uzupełniać braki. Troszkę za bardzo do serca wzięliśmy sobie tę zasadę, bo teraz zapasów praktycznie nie mamy, a co za tym idzie, nie ma jak improwizować. Dobrze, że pomidory i cebula uchowały się przed Maćkowym „na co nam to? Do kosza z tym!”, bo nie mielibyśmy sałatki do obiadu. Problem jedynie w tym, że Konkubentowi pomyliły się proporcje i na trzy cebule użył dwa pomidory… i tak zamiast pomidorów z cebulą, jedliśmy cebulę z cebulą z dodatkiem pomidorów. Oddech po tym daniu był iście Shrekowy. Nie pomagało mycie zębów, płukanie jamy ustnej, czy też rzucie czegokolwiek. Przez kolejne dwa dni próbowałam się pozbyć cebulaśnego oddechu. Środek anty pocałunkowi i przytulankowy jak złoto. Po co pchać w siebie hormony jak wystarczy wpaść do The Musial’s na obiad! Najecie się za darmoszkę, a do tego będziecie mogli wracać po ciemku do domu bez obawy, że ktoś was napadanie, bo broń naturalnie odpychająco-obezwładniajacą będziecie mieli przy sobie.

Skoro kulinarny temat mamy za sobą, to pochwalę się czymś.

Wpadłam na świetny pomysł na książkę, normalnie jestem nim zachwycona! Będzie śmiesznie, nieprzewidywanie i po mojemu. No właśnie będzie… bo wiecie jak jest. W głowie mam sto sześć milionów dialogów, tyleż samo pomysłów na to, w jakie tarapaty wpadnie Klara, ale jak przychodzi do przelania tego wszystkiego na papier to koniec. Zacinam się i szlus. To, co w głowie wydawało się prze super-hiper-bombowo-czadowe, w rzeczywistości jest bełkotem, ale nie poddam się tak łatwo.
Chyba…
…Przynajmniej tak mi się wydaje…

Serwus, Kasia.

Z życia wzięte

Po wyborach… a my nadal zwaśnieni.

Dobrze wiecie, że lubię czasami bezstronnie komentować to, co się wokół mnie dzieje. Od wczoraj oczywiście na tapecie są wybory. Na tę okazję WYMYŚLIŁAM tekst.

(Proszę Was o to, byście czytali ze zrozumieniem).

Pół wsi świętuje, pół płacze, a piją wszyscy. Jedni na smutno, drudzy na wesoło. Jedynie pani Wiesia zaciera rączki, bo alkoholowy asortyment schodzi na pniu.

– Wiesiu złota, królowo miast, kierowniczko przepiękna, pani da na zeszyt ćwiarteczkę. Oddam po wypłacie, bo teraz wincyj zarabiać będę. Tylko niech pani w tych komputerach nic nie zapisuje, bo PIS Internet ma wyłączyć.
-Panie Grzesiu, a kto tak mówi? – Wiesia, aż złapała się za głowę.
-No ta aktorka co w tamtym roku, tak płakała nad karpiami. Zresztą ja do wyborów to i tak nawet nie podchodziłem, bo jak ja tę politykę widzę to mnie mdli. Banda złodziei i cwaniaczków. Niby ta podwyżka ma być, ale co z tego, jak zaraz, któryś z PSL przyjdzie i „swojego” na moje miejsce dadzą. Poza tym niech jeszcze Schetynę w telewizorze pokażą, to już w ogóle mnie trzęsie. On do mojego śwagra podobny jak dwie krople wody. Tfu, zresztą oni z charakteru to po jednych pieniądzach są.
-Tego szwagra, coś się pan z nim pobił na wigilii? – wtrąciła Maliniakowa.
– Tegoż samiusieńkiego. Nie będzie mnie kretyn obrażał. Pani wie, co on powiedział? Że ja jestem wsiór i gówno warty obywatel, bo żem jest niepostępowy. Jak ja wole być zacofany! Nie podoba mi się, to, że chcą moje wnuki o seksach uczyć w szkole. Szkoła jest od nauki matematyki i polskiego, a nie od nauk tęczowych dewiacji.
– Pierdolisz pan, że aż słuchać się pana nie da! Nie lubię takiego gadania. Przez takich jak pan w naszym kraju rządzi PIS. Do wyborów się iść nie chciało, głos przepadł i dlatego takich jak pan, to powinno się wywozić do Irlandii, albo na inne Angielskie zmywaki. – zdenerwowany Frąckowiak, który do tej pory tylko przysłuchiwał się rozmowie, nie wytrzymał i zabrał głos w rozmowie.
– Co się pan tak rzucasz? To na kogo miałem głosować jak mi nikt nie pasuje? Jeszcze się taki do koryta nie dorwał, żeby mi podpasował. Może i za Kukizem kiedyś byłem, ale po tym, jak zbratał się z PSL wyzywając ich uprzednio od mafii, to stracił w moich oczach. W Konfederacji nie pasi mi Korwin i jego poglądy. Boję się, że coś takiego palnie, że kolejne cztery lata, będę się wstydził, że zagłosowałem. Poprzysiągłem sobie, że przez to, że nie oddałem na nikogo głosu, nie będę psioczył na tych, co u władzy. Przecież ktoś ich do cholery wybrał!
– Jak już mówiłem. Pierdolisz pan. Jesteś pan zwykły ignorant. Przekupili ciemnogród i tyle. Złodzieje. Gówno warte to wszystko! Człowiek sobie żyły wypruwa i na co to?
– Widzę panowie, że w waszym przypadku demokracja występuje tylko wtedy, gdy coś jest po waszej myśli, a jedyne praworządne wybory to te, które wy podejmujecie. Dobra, koniec tego. Idźcie pić gdzie indziej. Na dziś już koniec. Zamykam. – Wiesia zdzieliła czerwoną szmatką obu panów po głowach, po czym wypchnęła ich za drzwi.
– OOO widać, że ta to komunistka. – zgodnym chórem zakrzyknęli, jeszcze przed chwilą zwaśnieni sąsiedzi…

Z pamiętnika Grubaski, Z życia wzięte

Będzie medal!

Pozostając w temacie zawodów lekkoatletycznych.
Uwierzcie mi, ja naprawdę bym chciała zdobyć jakiś medal, jakikolwiek i w czymkolwiek. Wiem również, że nie jestem jedyna. Przecież lekko utytych na świecie nie brakuje. I ja Katarzyna P. wychodzę naprzeciw tym wszystkim ukrytym talentom, tym wszystkim ludziom, którzy jak ja ze sportem mają do czynienia, jedynie oglądając go w telewizji, lub jedząc pizzę na czas, wymyśliłam nowe zawody: Mistrzostwa Świata w CIĘŻKIEJ ATLETYCE.
Pozwólcie, że pokrótce przedstawię Wam dyscypliny, w których będziemy występować, są one tak jakby kopią lekkoatletycznych konkurencji, tylko, co jasne, dla lekko utytych.
*Sztafeta – zamiast zwykłej pałeczki, przekazujemy sobie laskę kiełbasy podwawelskiej. Wygrywa ta drużyna, która nie dość, że dobieganie na metę jako pierwsza, to jeszcze musi dobiec z kiełbasą w jednym kawałku… no okej, najmniej nadgryzionym.
* biegi na 400m, 1500m – bez przesady. Widzieliście kiedyś biegającego grubasa na takich dystansach? No jasne, że nie! Dlatego u mnie będziemy biegać na 10 20 i 40 metrów
*biegi przez płotki – czyli bieg do monopolowego przed zamknięciem przez płot sąsiada
* bieg z przeszkodami – bieg przy ustawionych budkach z burgerami, kebabem, rozsypanymi chipsami, lejącym się sosem czosnkowym. Wygrywa ten, kto dobiegnie do mety, bo rozumiem, że pokusa może być za wielka, by dokończyć bieg.
* rzut dyskiem – rzut mrożoną pizzą do piekarnika.
*rzut oszczepem – rzut bagietką
* rzut młotem – rzut tłuczkiem do mięsa
*skok wzwyż – kto doskoczy do najwyżej zawieszonej karkówki z grilla
* skok w dal – kto skoczy jak najdalej od dietetyka stojącego przy linii
*trójskok – wygrywa ten, komu najwyżej podskoczy poziom cukru, cholesterolu i ciśnienia krwi
* skok o tyczce – te zawody mogą się nie odbyć, bo istnieje możliwość łamania się tyczek samoistnie, gdy ta zobaczy, ile kilogramów musiałaby udźwignąć.
Zdaję sobie sprawę, że połowa tych konkurencji może się nie odbyć, bo przyrządy zostaną zjedzone… w tym miejscu za klasykiem powtórzę „PARÓWKOWYM SKRYTOŻERCOM MÓWIMY STANOWCZE NIE”
Do zawodów mogą przystąpić jedynie osoby, u których procent tłuszczu w organizmie przekracza pięćdziesiąt procent. Bycie na diecie przed konkursem traktowana jest jak doping.
Hala, która na co dzień jest przeznaczona do rozgrzewek, na czas mistrzostw będzie miejscem do drzemki. (No wiecie, takie przysłowiowe pół godzinki dla słoninki)
W pierwotnej wersji medale miały być takie:
Pierwsze miejsce – złoty krążek z czekolady
Drugie – krążek z ryżu preparowanego
Trzecie – brązowy krążek Bake Rolls. Pizza? Piiizzzzaaa!
Kurczę, to jednak bez sensu, bo kto z przyjemnością zajada zdrowe przekąski, zwłaszcza w zawodach dla grubasów?

Jeśli macie jakieś uwagi co do rozbudowania konkurencji, to zapraszam do komentowania.
Trenujcie i bądźcie gotowi do mistrzostw za rok!