Z życia wzięte

Technologiczna skolioza

Pozostając nadal w wątku telefonów komórkowych, opowiem Wam coś.

Odbierałam wczoraj dzieci ze szkoły, a że byłam wcześniej, to miałam parę minut na przemyślenia. Słuchajcie tego. Stoję sobie i przebieram nóżkami, żeby nie zamarznąć. W tym momencie muszę Wam powiedzieć, że to iż jest się grubym, wcale nie znaczy, że marznie się mniej. No, chyba że ja jestem jakimś wybrykiem natury. Maciek śmieje się ze mnie, że ja to i tak mam szczęście, jak jeden na milion. Tu wtrącę anegdotkę z naszego życia.   Czytaj dalej „Technologiczna skolioza”

Opowiadania

Typowa kobieta.

Opowiem Wam coś.

Jakieś trzydzieści kilo temu, miałam pięknościowy telefon komórkowy. Malutki, czarny, a wyświetlacz wysadzany był kryształkami. Cud, miód i orzeszki. Co z tego, że nie miał aparatu, był taki maciupeńki, że trafianie w odpowiednie literki przy pisaniu SMS-a było wyzwaniem, a że wieszał się co chwilę? No cóż, do przeżycia. Ważne, że był idealny pod względem wizualnym. Czytaj dalej „Typowa kobieta.”

Opowiadania

Kraków

Jeszcze wczoraj wiedziałam co chcę napisać, miałam świetny pomysł. Śmiałam się ze swoich ciętych ripost.  Literki same wskakiwały na odpowiednie miejsce tworząc piękne zdania. Ale to było wczoraj. Dziś te same słowa nie brzmią już tak odkrywczo. Szósty raz próbuję coś naskrobać, ale w głowie hula wiatr.

To po kolei w mega skrócie… Gdzie byłam jak mnie nie było? A no w mieście Smo(g)a Wawelskiego.  Poprzytulałam się do Mamusi, poczułam się jak nastolatka dzięki Zoo Składowi, zabrałam Juliankę na zwiedzanie kopalni soli w Wieliczce. Pozałatwiałam lekarzy (ale o tym za chwilę), odwiedziłam tych żyjących i nieżyjących bliskich. Poszliśmy na mecz Wisły, popłakałyśmy z Panną Julianną przy obchodach 11 listopada, byłam na randce z Konkubentem, jak za dawnych czasów spałam u przyjaciółki. Spędziliśmy mnóstwo czasu z przyjaciółmi, pożarliśmy, popiliśmy, mimo wszystko odpoczęliśmy. Głowę mieliśmy spokojną, bo zwierzęta zostawiliśmy w dobrych rękach. 

Jeszcze raz dziękujemy za opiekę nad futrzakami!

Przepraszam tych, z którymi nie miałam czasu się spotkać, ale sprawdziliśmy, że jednak doba z gumy nie jest i nie da się jej rozciągnąć, a szkoda…

A teraz najlepsze. 

Muszę Wam opowiedzieć do jakiego czarodzieja od nerek trafiłam. Normalnie jasnowidz jakiś, mega mądry pan

. Spojrzał mi głęboko w oczy, paluszkiem dotknął mej ręki, chwycił w swe uczone ręce fałdkę tłuszczyku brzusznego… iiiiiii… iii kurwa stwierdził, że jestem gruba! Rozwalił mi przy tym mózg, bo w życiu bym sama na to nie wpadła. Lustro w domu mam wyszczuplające, a ubrania kupuję z literką L tylko dlatego, że lubię jej kształt i sposób w jaki język dotyka podniebienia przy wypowiadaniu jej nazwy. Przez jakieś pięć minut pan „doktor” tłumaczył mi, że bycie Grubą nie jest ładne, że muszę schudnąć, codziennie pół godzinki spacerku, na siłowni ćwiczyć tak żeby zakwasów nie było, a w ogóle to pić dużo wody i zażywać Rutinoscorbin. 

Po chwili zaczęłam się zastanawiać do jakiego lekarza przyszłam. Na drzwiach było nefrolog, a chłop mi z wykładem dietetyka wyjeżdża. Myślę se może w gratisie jakąś diete mi rozpisze, bo tak się wkręcił.

 Dobra, może się czepiam. Rozumiem,  pan jest lekarzem i musi oświecić pacjenta, ale do cholery czy naprawdę musi mówić tak dosadnie? Nie zna innych zamienników tego słowa na G? 

Wracając do samej wizyty. Zaraz po tym jak pan doktor wystawił trafną diagnozę mej otyłości, zapytał z czym do niego przyszłam. W tym miejscu włączyła się moja Złośliwość i już na końcu języka miałam odpowiedź, że przyszłam na konsultację do nefrologa, bo mam problemy z nogą… aaaaaale jestem dobrze wychowana, odpowiedziałam grzecznie, że z nerkami, które od jakiś czterech miesięcy rwą jak cholera, że badania moczu źle wychodzą, bo jakaś krew tam jest czy coś. Pan mądra głowa znów spojrzał w me piękne oczy, uśmiechnął się i tonem nieznoszącym sprzeciwu odpowiedział, że nerki mnie nie bolą, a ten krwinko mocz, który się przy tym utrzymuje to jest przez to, że jesteeeeeem… tak!! Zgadliście, Gruba. 

Jak on to wszystko stwierdził bez żadnego badania, bez zrobienia usg? Nie wiem. Ale to nie ja mam przed nazwiskiem dr.hab.n.med. Widocznie wraz z tymi literkami wykształca się w mózgu coś takiego jak jasnowidzenie, wykrywanie chorób przez dotyk palcem. Niestety zanika przy tym empatia. Pan doktór za te wspaniałe rady i obniżenie mej samooceny (która i tak leży i kwiczy), skasował mnie jedyne trzy stówy polskich złotych. 

A teraz jesteśmy już w domu od tygodnia i tęsknię niesamowicie. Dusza wyje, Serce się rwie do Mamusi i Zoo Składu, a Rozum drze na nich ryja, że mają się zamknąć, bo mącą mi tylko w Głowie. 

Z życia wzięte

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

Monolog…

-Nawet nie wiesz jak ci dobrze, że wyjechaliście. Nie musicie się martwić o rachunki, o życie. Dobrze zarobicie? Po co pytam. Na pewno dobrze. Pogoda tylko do dupy, ale przynajmniej możecie parę razy do roku wyjechać na wakacje. Taki to pożyje. To, co z tego, że tęsknicie, że lato to lato a w zimie jest śnieg, przecież jesień i wiosna wszędzie taka sama. Czereśni ci się chce, bobu i słonecznika? No weź, tyle tam macie kasy, że se możesz iść i kupić. A tu bida, bo wszystko drogie. Nic się nie da. I co z tego, że na działkach rosną na drzewach. A komu by się chciało jechać i zbierać? Co tam mruczysz? Czytaj dalej „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.”