Opowiadania

Pączkowi złodzieje.

Rano…
– Dzień dobry pani Dorotko.
– Dzień dobry pani Małgosiu. Co podać?
– Poproszę osiem pączków. Sześć z lukrem i dwa z cukrem pudrem. Wie pani, na diecie jestem, a tych z lukrem nie lubię.
– No, to faktycznie nie będzie kusiło.
-Faworki jeszcze są? Bo jak tak to tak z pół kilo wezmę, Boguś lubi, to mu kupię niech ma. Ja tam za słodkim nie przepadam. W boki wiecznie idzie i w ogóle nie moje klimaty.
– Spokojnie, dziś podobno wszystkie kalorie idą w biust, można jeść do woli – uśmiechnęła się ekspedientka, pakując następną porcję pączków.
– Kłamią, Dorotko kochana. Kłamią, już tyle lat żrę i wszystko w dupsko idzie. No, ale może faktycznie ten jeden raz będzie inaczej. To niech mi pani da jeszcze ze trzy kawałki, tego ciasta z czekoladą, tak ładnie się do mnie uśmiecha. I to już będzie wszystko. Chyba że… nie, nie. No niech się Pani pospieszy z tym pakowaniem, bo sernik zaczyna do mnie machać i wołać ponętnym głosem. Aaa, zapomniałabym, na trawienie jeszcze nalewkę wezmę. Tą malinową.
– To chyba gości się pani spodziewa, skoro tyle dobra pani bierze. Razem będzie 38.46
– Nie, kochanieńka to wszystko dla męża. Łasuch z niego straszny. Lecę już, do zobaczenia.
– Do widzenia.
*

…Tego samego dnia wieczorem…

– Puk, puk, haaaalo jest tu kto? – zawołał mąż od progu, zamykając za sobą drzwi.
– Tu jestem słoneczko, na sofie, bo coś mnie strasznie żołądek boli – pożaliła się Małgosia.
– A co się stało? Może jakiś wirus albo się czymś strułaś? Co takiego jadłaś? A tak w ogóle gdzie są pączusie? Od rana o nich marzę. Nawet się ze Sławkiem założyłem, że zjem pięć! –
– Na stole leżą, specjalnie dla ciebie kupiłam z lukrem, bo wiesz, że ich nie tykam. Powinny być jeszcze faworki. Możesz zjeść wszystko.
– Uuu, ale tylko dwa pączki są i sześć faworków. Co tak mało kupiłaś w tym roku? – zawiedziony Boguś zabrał się z apetytem za jedzenie słodkości, aż mu dżem spływał po brodzie.
– Wiesz, dziwna sprawa. Kupiłam więcej, ale nie wiem jakim cudem zniknęły. Jacyś złodzieje czy coś? No mówię ci, zostawiłam je na talerzu, od razu jak tylko przyszłam z zakupów. Posprzątałam, poszłam na kawę, wracam, a tu pączków ubyło. Nic z tego nie rozumiem. Czy mógłbyś mi zaparzyć miętę? Bardzo cię proszę najdroższy. – poprosiła Małgosia zbolałym tonem, chowając twarz oblaną rumieńcem w poduszkę.
– A wiesz, że podobna historia wydarzyła się u mojego kumpla z pracy. Nie ma co się martwić, bo podobno od przyszłego roku ma powstać Policja Pączkowa. Będą wzmożone patole na ulicach, żeby wyłapywać tych złodziei.
– Iii bardzo dobrze, niech się za nich wezmą. Strach w domu siedzieć! Z drugiej strony, żeby pączki kraść, no nie mają wstydu.
– Małgosiu, powiedz, chociaż z czym były te ukradzione pyszności? Żebym mógł wiedzieć jak bardzo mam nienawidzić rabusiów. – zapytał Boguś, podśmiewając się pod nosem.
– Niech no ja sobie przypomnę. Te z lukrem były z czekoladą i adwokatem, trochę za słodkie jak dla mnie, te z cukrem pudrem z dżemem różanym, faworki im nie wyszły w tym roku, a i ciasto jakieś takie suche.
– Jakie ciasto? Przecież tu nie ma żadnego ciasta. A skąd wiedziałaś, że lukrowane były za słodkie? Czyżby złodzieje zostawili kartkę z podziękowaniami?
– Czepiasz się! Lepiej idź, zrób mi tę herbatę i ciesz się, że nie zjadłeś więcej, bo musiały być jakieś felerne. Już nigdy nie kupię pączków w Sklepiku. Co roku ta sama historia! No co tak się cieszysz? Leć do kuchni po miętę i jakiś Ranigast, bo mnie zaraz zgaga zabije.
– Już idę, napiszę tylko wiadomość do Sławka.

Do Sławek:
„tak jak myślałem, nie przyznała się, że zżarła wszystkie pączki. Zwaliła na złodziei, a u ciebie jak?”

„U mnie podobnie, załapałem się na jednego … ale ze zlizaną czekoladą. Nie mam serca jej powiedzieć, że resztki ma na brodzie. Dobrze, że wyskoczyliśmy na przerwie do cukierni. Trzymaj się. Idę Ilonkę reanimować, bo wymiotuje tęczą… „

 

 

A Ty ile dziś zjesz pączusiów?

Ps. Ten tekst już kiedyś pojawił się tu na blogu, ale bardzo go lubię.

Z życia wzięte

Na rondzie pod prąd, czyli dlaczego nie mam prawka.

Od wczoraj nie mogę się pozbierać po wycieczce do Dublina. Cały ciężar świata znów mam na swoich barkach, ale żeby jednak odegnać od siebie złe myśli, postanowiłam napisać Wam, dlaczego nie mam prawa jazdy. Otóż moim mili. Nie raz i nie dwa na swojej drodze spotkaliście zapewne zawalidrogę, która nie dość, że nie przyśpiesza wtedy, gdy wolno, nie wpycha się tam, gdzie wepchnąć by się mogła, na rondzie czeka, aż wszyscy przejadą i dopiero wtedy rusza (tak, nawet wtedy, gdy mam pierwszeństwo)
CO TU DUŻO GADAĆ, ja po prostu stwarzam zagrożenie na drodze. Czytaj dalej „Na rondzie pod prąd, czyli dlaczego nie mam prawka.”

Opowiadania

Dublin, miasto pełne smutku.

I znowu po wyciecze z Dublina jestem ledwo żywa.

To miasto pełne ćpunów i bezdomnych wykańcza mnie psychicznie.

Miał być śmieszny wpis o tym dlaczego nie mam prawka, ale najpierw muszę sobie poprzestawiać w głowie i w sercu to co dziś zobaczyłam.

Pewnie znów z tydzień zajmie mi dojście do równowagi…

Edit:

i jeszcze ta pani rano w ambasadzie, płacąca za wywiezienie urny… i te jej oczy pełne smutku i łez. Ja wiem, że ludzie umierają codziennie i wszędzie, ale śmierć z dala od rodziny …od ojczyzny przeraża mnie jak cholera. Nawet nie chcę myśleć o tym, że kiedyś któreś z nas to może spotkać, że to my… NIE! STOP!

Wyłącz Katarzyno myślenie.

idź spać. Rano pójdziesz na siłownię i zresetujesz głowę.

…miłościów mi dziś trzeba… dużo, dużo.

 

 

 

Opowiadania

Wycieczka do Sligo, czyli panikara w ofensywie.

Biometr, układ planet, pogoda, czy co tam odpowiedzialne jest za kiepski nastrój, bardzo powoli mnie dziś zabija. Czuję się, jakby mi ktoś pod powieki wsypał pół kilo soli, w głowie szum, przed oczami mroczki i to nie te serialowe. Nic tylko zakopać się pod kołdrę, walnąć betami w wyrko i nie ruszać się, aż do rana. Tylko że to nie takie proste. Macie tak czasami, że nie chce się Wam nawet nie chcieć?
No dobra, ale ja nie o tym. Chciałam Wam, opowiedzieć co nasze dziecię wczoraj odwaliło. Czytaj dalej „Wycieczka do Sligo, czyli panikara w ofensywie.”

Z pamiętnika Grubaski

Z pamiętnika Grubaski … A może minęłam się z powołaniem?

Luuuuudzie! Drugi dzień z rzędu widziano mnie na siłowni. Rozumiecie? Ja leń nad lenie, lekko utyta Katarzyna ruszyłam swą zacną dupę do przybytku męki i tortur.
Tak, jestem z siebie niesamowicie dumna.
Nie, wbrew moim oczekiwaniom nie schudłam już cztery kilo (tak, też się dziwię) Czytaj dalej „Z pamiętnika Grubaski … A może minęłam się z powołaniem?”

Opowiadania

Legendy krako(w)skie w nowej urodzinowej odsłonie.

Prawdziwie nieprawdziwa legenda krakoska.

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, gdzie ludzie oddychają smogiem, a dziewice walczyły o równouprawnienie, by Smok zaczął pożerać też prawiczków… Szóstego lutego, roku bliżej nieokreślonego, ze smoczego jaja wykluł się ON. Piękny chłopiec o zielonych oczach, niosący dumne imię Maciej. Nie lękał się nikogo i niczego. Czytaj dalej „Legendy krako(w)skie w nowej urodzinowej odsłonie.”