Opowiadania

„Moje przyjaciółki z Ravensbrück”Magda Knedler

Z cyklu wieczorne czytanie.

„Moje przyjaciółki z Ravensbrück” Magda Knedler.

Kolejna książka o wojnie, smutku, kobietach, które walczyły o życie w obozie. 

Kolejna książka po której boli mnie dusza i jeszcze długo będę ją odchorowywała. 

Nie da się jej czytać jednym ciągiem. 

Trzeba odkładać, przemyśleć, zalepić dziurę w sercu i duszy.

Przyjaciółki nie chcą być zapomniane. Nie chcą być kolejnym numerem w obozowej kartotece. Przecież One również kiedyś miały swoje życie, marzenia, plany na przyszłość… Przyszłość, która dla wielu z nich nigdy nie nadeszła.

„Maria i tak długo tu wytrzymała. Oby tylko ktoś ją zapamiętał, bo jeśli nie zapamięta nikt, to tak jakby nie istniała. Usłyszała kiedyś, że największą tragedią ludzi martwych jest brak bezpośredniego wpływu na żywych. Martwi nie mogą się żywym przypomnieć. Jedyne, co im zostaje, to nadzieja, że przetrwają we wspomnieniach. I idą tak, z tą nadzieją w nieznane. Ciągną za sobą cienie zdarzeń, osób, przedmiotów, scenę po scenie, wszystko niematerialne, rozmyte, powiązane niewidzialnym sznurkiem, wszystko o co walczyli, nad czym płakali i z czego się śmiali. Są zaskoczeni, kiedy oglądają swoje życie klatka po klatce jak niemy film, bo to przecież dużo i mało zarazem, dużo dla nich, a mało tak ogólnie, i jakie to ma teraz znaczenie, że się człowiek kłócił z bratem o czerwony sweter albo wzruszał przy rzewnej melodii. Że się cieszył chwilą albo chciał, by już minęła, by skończył się tydzień lub rok. Nic nam się nie układa, więc niech już będzie przyszłość, przyszłość musi być przecież lepsza niż to, co teraz, niż to, co zwłaszcza teraz.

Niech ktoś pamięta.

Maria może wyfrunąć przez komin, jest gotowa. Niech tylko ktoś…”

Po co czytam takie książki skoro później chodzę rozbita? 

Chyba szukam w nich siebie…

Swojej historii…

… jestem pewna tego, że kiedyś też wyfrunęłam przez komin, lub padłam twarzą w błoto z przestrzeloną głową…

Ale o tym kiedy indziej…

Nie zapominajmy o tych, którzy odeszli.

Tak, boli mnie dziś dusza, a łzy kapią na poduszkę. 

A do tego ta okładka, mistrzostwo!A3122FC5-8644-4C46-BF7F-1ADE9678565F

Z życia wzięte

Tacy sami.

Na co dzień mieszkamy w Irlandii i bardzo często w mediach społecznościowych przewija się temat, jak złym programem wsparcia jest 500+. 

Nie dziwiłoby mnie krytykowanie tego pomysłu przez osoby tu mieszkające, gdyby nie fakt, że są beneficjentami świadczenia, które choć ma inną nazwę w praktyce działa tak samo…

…Dlatego też powstało to opowiadanie…

Czytaj dalej „Tacy sami.”

Z życia wzięte

I tak co miesiąc. „Być kobietą, być kobietą…”

Coś mnie dziwnie łupie w kręgosłupie. Tak jakby… alee niee, to niemożliwe jeszcze nie teraz. Przecież ma przyjechać dopiero po weekendzie. Przynajmniej taki był plan.

-Kaaaaaaaasiu! To jaa, Twoja ciocia!

Ożesz w mordę jeża! Litości!

-Katarzyno, podobno na diecie jesteś od miesiąca. Muszę ci powiedzieć, że nic nie widać. Chyba oszukujesz. A co to tu masz na twarzy? Pryszcz? Fuuuuuj, słabo dbasz o siebie. Zjadłabym coś. Masz ogórki konserwowe z czekoladą? Albo nie. Chipsy solone do tego kieliszeczek czerwonego wina i pół arbuza. No, na co czekasz? Leć do lodówki. Co tam słychać u ciebie? Dawno się nie widziałyśmy. Ile czasu minęło dwadzieścia osiem dni? Jakoś tak będzie. Jakieś zmiany? No oprócz tych skórnych oczywiście. Ja nie wiem, za każdym razem jak do ciebie przyjeżdżam, to ty akurat masz coś na twarzy. Wody więcej pij, tak w ogóle, bo strasznie spuchnięta jesteś. Zobacz na mnie, zero zmarszczek, cellulitu, do czegoś doszłam w życiu a ty? Ciągle z tym samym facetem? Jakieś sukcesy zawodowe, osobiste? Nic? Czemu mnie to nie dziwi. Ja natomiast, muszę ci się przyznać, że kupiłam sobie nowe Ferrari. Jest w garażu, jakbyś chciała zobaczyć. Dżizas, jak mi zimno, weź zamknij drzwi na ogród. A nie, czekaj jednak mi gorąco. Porobiłabym coś, zabaw mnie jakoś. Co taka bez sił jesteś? Mam wrażenie, że w ogóle się nie cieszysz, że przyjechałam wcześniej.
– Bo wiesz ciociu, miałam plany na weekend i troszkę mi je pokrzyżowałaś.
-Coooo proooszę? Czy mogłabyś powtórzyć? To ja się tłukę do ciebie co miesiąc przez pola, góry, łąki, lasy, a ty tak mnie witasz?
-Nie chciałam cię urazić. Po prostu umawiałyśmy się na poniedziałek.
– Sratałek, a nie poniedziałek! Ty mi nie będziesz mówiła, kiedy mam przyjeżdżać. Znowu głodna jestem, może włączysz jakiś film, albo nie, poczytajmy książkę. Co teraz czytasz? Kryminał? Niee, ja bym sobie przy czymś popłakała. Ooo mój bobrze! Widzisz tego cudownego malutkiego pieska? Oh, jak on słodziutki i tak się patrzy błagalnie! Dałby mu tego patyka patafian, a tak to się tylko znęca się nad biedniusim, malusim, tyciuteńkim piseczkiem. Ciotunia by pogłaskała, przytuliła…

A to pranie takie czyste i lśniące! Wzruszyłam się, autentycznie. Oooo, patrz tam! Ten grubas znowu pizzę zamówił. To łajza jedna. Podzieliłby się, a nie tak żre w samotności. Kasiu, czy mówiłam już, że zjadłabym orzeszków? A masz może słonecznik? Podłubałybyśmy sobie. To były czasy, siadało się na murku i dłubało pestki. Jak takie małe ptaszynki. Podaj mi dziecko chusteczki, bo łezki mi poleciały na te piękne wspomnienia.

CICHO TAM! Nie drzeć się! Mordy piłują w tym telewizorze nic więcej, za co się płaci te abonamenty, ja nie wiem. Herbaty byś poszła zrobić, a nie tylko siedzisz i stukasz w tę klawiaturę. Co ty tam wypisujesz? Czyta to kto? Nic tylko marzeniami żyjesz. Wielka pani się znalazła. Choć patrząc na te twoje gabaryty, to faktycznie taka przyduża jesteś. Zrobiłabyś coś z sobą w końcu, ćwiczenia jakieś wprowadź z życie, do szkoły pójdź, a nie tylko się marnujesz w tej kawiarni. Całe życie kawę będziesz parzyła? Jak ja byłam w twoim wieku, to jakieś cele miałam, dążyłam do czegoś, a ty? Wzięłabyś…
– A ciocia to na długo zostanie?
-No jak zawsze! Gdzieś tak pięć dni. Czemu pytasz?
-A tak z ciekawości…

Różności

To miała być nasza tajemnica!

-Kasieńku… Jest już wieczór, nasza ulubiona pora. Nareszcie możemy być sami. Mam Cię tylko dla siebie, nikt nie będzie nam przeszkadzał, gdy będziemy TO robić! No chodź tu do mnie. Wiem, że pragniesz tego tak samo jak ja. Tyle godzin na Ciebie czekałem, a Ty teraz nie chcesz być blisko mnie?
-To nie tak, oczywiście, że chcę być przy tobie, poczuć twą bliskość, ale Maciek z Julką są w domu. Chyba byś nie chciał by nasz płomienny romans wyszedł na jaw? Musiałabym się tłumaczyć, dlaczego, po co. To mogłoby rzutować na naszą wspólną przyszłość, a przecież jest nam tak dobrze.
-Mam wrażenie, że ty się mnie Kasiu wstydzisz. Już nie pokazujesz się ze mną na mieście tak często jak kiedyś, nie zabierasz mnie na kawę, nie głaszczesz, nie całujesz na dzień dobry! Czy ja tak naprawdę dużo wymagam?
-Masz rację to moja wina. Zmieniłam się. Jak ci to mogę wynagrodzić?
-Chodź do łóżka, nakryjesz się kołdrą, położysz głowę na podusi, a ja ci będę opowiadał historie. Jeśli chcesz, nie musimy dziś uciekać w świat literek, zawsze mogę do ciebie przemówić. Powiedz, tęsknisz za moim głosem?
-Powiem ci szczerze, że bardziej sobie cenię naszą znajomość w sferze liter. Wiesz przecież, że słowa pisane mają dla mnie szczególne znaczenie.
– No dobrze, niech i tak będzie. A powiedz mi Katarzyno czy mnie jeszcze, choć troszkę kochasz?
-OCZYWIŚĆIE, ŻE TAK! Nigdy o takie rzeczy nie pytałeś. Czy coś się stało? Tylko pamiętaj, że ta rozmowa musi pozostać między nami. Nie chciałabym mieć problemów. Za dużo to mnie może kosztować. Rozumiesz?
-Wiem, wiem. Ja po prostu co dzień się łudzę, że w końcu zostawisz Maćka i uciekniemy razem. Będziesz tylko moja, a ja twój! Proszę, zróbmy to! Teraz!
-Przestań! Nie chcę o tym nawet słyszeć.

-No, już nie gniewaj się. Zaraz pójdę się położyć i urwę, choć parę chwil tylko dla ciebie. Co ty na to?
-Niech będzie, ale będziesz musiała mnie długo przepraszać…

… PARĘ MINUT PÓŹNIEJ…

Kasiu, tylko się nie denerwuj. Musiałem wstawić naszą rozmowę do publikacji… Wirus zagroził, że jak tego nie zrobię to skasuje Legimi i wszystkie książki z mojej pamięci, a wiem, że tego byś nie przeżyła.

Twój Czytnik.

Z Notatnika Wiedźmy

Z Wiedźmowego pamiętnika…

Z Wiedźmowego Pamiętnika.
Nie uwierzycie! Wczoraj po raz pierwszy w swoim życiu zjadłam wegańskie ciasto. Normalnie na słowo bezglutenowy, zdrowy, wegetariański w mojej głowie zapala się czerwone światełko i dostaję wysypki. Kurde nie czarujmy się, jak coś, co jest nieprzetworzone, bez miliona ulepszaczy może być smaczne? Dla mnie w każdym razie do wczoraj było to niepojęte.
Przełom nastąpił po tym, jak Ewka odpakowała to kulinarne cudeńko z folii. Pomyślałam sobie, że nie jest źle! Góra wysmarowana czekoladą to najwyżej zliżę polewę i zjem brzoskwinie, którymi TOFURNIK był przyozdobiony, a w razie czego zasłonię się Dietą Mścisławą i powiem, że no niestety, ale więcej nie mogę, bo dieta i te sprawy. Na moje szczęście w nieszczęściu wielkodupnym, ciacho było mega smaczne. Także tego, Iwonka żałuj, żeś nie spróbowała tych pyszności i błagaj Ewkę, żeby na następny zlot znów nam machnęła ciacho. Czytaj dalej „Z Wiedźmowego pamiętnika…”

Opowiadania

Obiecywał rozkosz…

Ojej, jak ja dawno do Was nic nie pisałam! Statystyki na blogu straszą, twarzoksiążka ciągle się pyta co u mnie słychać, a palce stęskniły się za wciskaniem literek na klawiaturze, to też postanowiłam się odezwać. Korzystając ze sprzyjających warunków pogodowych, rozłożyłam się na huśtawce, zaprzęgłam wiatr, do tego by mnie na niej bujał. Muszę Wam powiedzieć, że spisuje się chłopak na medal, bo jak wiadomo, nie jest łatwo rozbujać me ponętne ciałko…

Mówią, że wypadki i nieszczęścia chodzą po człowieku, jeśli to prawda to po mnie wręcz galopują! Ostatnio na przykład zwichnęłam/skręciłam/ sobie kostkę. Zwał jak zwał, ale boli jak cholera, a nawet i dwie.

Jako że nadarzyła się okazja (Iza, najlepszości ślę raz jeszcze) Postanowiłam poruszać biodrami co by spalić trochę tłuszczyku, który jakoś tak się rozpanoszył i podoczepiał to tu, to tam zbędne fałdki. No i powiem Wam, że tak hulałam, że aż straciłam równowagę i poooooooooooleciałam. Dobrze, że niska jestem, to i upadek by nie był z wysokości, a i czujna Ewelina mnie podtrzymała, więc dupska nie ubiłam. Wiecie co jest w tym wszystkim najgorsze? To, że ukręciłam zdrową nogę, a nie tą śrubowaną. Maciek się śmieje, że teraz jestem równa babka, bo kulasy tak samo spuchnięte. Oczywiście mówił to, zaśmiewając się do rozpuku… nie powiem, zastanawiam się nad rozwodem, ale refleksję mam taką, że ślubu to my nie mamy, więc i rozwieść się nie ma jak. Cholera, no! Trzeba się jednak zaobrączkować, żeby dylematów nie mieć.
Cóż, niezdara jestem i tyle na ten temat, a i Wy kochani trzy razy dobrze się zastanówcie, nim mnie gdzieś zaprosicie…

Myślę ostatnio (nie żebym ogólnie nie myślała i tylko teraz mi się to przydarzyło…) nad nagrywaniem recenzji książkowych. W końcu trochę tych książek czytam, ale nie wiem, czy mam ochotę pokazywać swoją facjatę do kamery. Toć ja nawet selfika zrobić nie umiem, żeby nie straszyć. To już nawet nie chodzi o niską samoocenę, bardziej mam na względzie Wasze dobro. Pomyślę nad tym.

Zabieram się za robienie obiadu. Dziś kurczak w sosie jogurtowym, kaszą i brokułami. Jako że jestem miła, to zapytałam pana Brokuła, który od paru tygodni leżakuje u nas w lodówce, czy chciałby być spożyty do obiadu.
Wygląd miał nienaganny, pięknie zielony, no wręcz uśmiechał się do mnie! Wyczułam chemię między nami, dlatego też wzięłam sprawy w swoje ręce.
Delikatnie ściągnęłam z niego folijkę, myłam i głaskałam, przemawiałam czule, acz stanowczo, bo wiem jakie zabawy lubi. On, by nie być dłużnym, obiecywał rozkosz, wręcz niebo w gębie. Jeszcze długo byśmy tak mogli, ale czas naglił. W każdej chwili do domu mogła wrócić panna Julianna i co ja bym jej wtedy powiedziała?
Gdy gra wstępna została zakończona, chyba w ramach podziękowania za przeżyte doznania dostałam od niego małą różyczkę do skosztowania. Namiętnie wbiłam zęby w jego kwiat, językiem przejechałam po jego nierównościach i…
I tu się bajka kończy, bo okazał się zwykłym śmierdzielem niezdatnym do skonsumowania! Typowy facet! Czuję się wykorzystana, oszukana, zdradzona wręcz.

(Już po obiedzie)
Nie wiem, czy przypadkiem mieszanka warzywna mieszkająca na stale w zamrażalce, nie usłyszała mych żali i płaczu, bo gdy chciałam ją ugotować, to Kalafior z bratem pana Brokuła wskoczyli gromadnie do gara. Efekt tego taki, że zamiast iluś tam gram ugotowałam ponad pół kilo warzyw. Na szczęście rodzina tego zgnilca okazała się o niebo lepsza i nie dość, że smakowali wybornie, to jeszcze na talerzu prezentowali się niczego sobie.