Z życia wzięte

Tyle lat razem, a on nadal żyje… To musi być miłość!

Wy sobie kochani moi nawet nie zdajecie sprawy z tego, jaki ten mój konkubent, to jest śmieszny człowiek.

Wyobraźcie sobie, że Maciej z samego rana przesłał mi mój tekst z zeszłego roku na temat naszej rocznicy. On chyba myślał, że ja nic nowego nie naskrobię, albo dam sobie spokój i nie będę rozpamiętywała tej daty na forum publicznym.
Otóż nie mój drogi, niech ludzie wiedzą, jak ja się z Tobą męczę, ekhmm to znaczy, jak miodem i mlekiem (choć bardziej uczciwie byłoby napisać piwem) płynące były te nasze lata.

Pokrótce dla niewtajemniczonych. Starego swojego poznałam z jakieś szesnaście lat temu. Koleżanka dała mi namiar na Maćkowgo bloga. Ja jak to ja, zakochana w literkach czytałam namiętnie, skomentowałam parę notek i tak, to się zaczęło. Wymieniliśmy się numerem Gadu Gadu (1224439, jeszcze swój pamiętam!) i po pewnym czasie kontakt się urwał. Maćkos miał dziewczynę, ja chłopaka. Jakoś tak po roku znów się do siebie odezwaliśmy. Wyobraźcie sobie, że nawet nie wymieniliśmy się zdjęciami, a mogliśmy sobie podesłać choćby link z kontem do popularnnego wtedy portalu Fotka kropka pl (droga młodzieży, to była taka bieda wersja teraźniejszego Tindera).

Wystarczyło nam to, że ze sobą gadaliśmy. Rozmowy zaczęły nabierać bardziej pikantnego smaku, jakieś motyle czy inne robactwo zagnieździło się w moim brzuchu i wtedy pomyślałam po raz pierwszy, że fajnie by było poznać tego ktosia zza drugiej strony ekranu. Spotkaliśmy się i trafiło mnie jak cholera.
Pokochałam gościa z kolczykiem w ustach, włosami nażelowanymi tak, że firma kosmetyczna, która w tych czasach produkowała ten kosmetyk, wygrywała w rankingach najlepiej sprzedającego się produktu roku.
Pokochałam gościa pełnego pasji i humoru, który potrafi rozśmieszyć mnie w trzy sekundy i wkurzyć w jeszcze krótszym czasie. Pokochałam gościa, który kaszle za każdym razem gdy się zmęczy.
Pokochałam gościa, na którego zawsze mogę liczyć, bo oprócz tego, że jest moją drugą połówką, to jest również moim najlepszym przyjacielem.

Choć wkurza mnie tak, że czasami najchętniej wylałabym mu piwo do zlewu i zakrzyknęła w czasie derbowego meczu, że wygra Cracovia, to jednak tego nie robię…

Nie zawsze jest kolorowo. Żremy się i krzyczymy, wkurzamy na siebie nieustannie. Po tylu latach nadal się siebie uczymy.
I tego nam Stary życzę, byśmy nadal chcieli iść ze sobą przez życie.

Maćku… Ty wiesz… papusiam Cię (Ty Stary grzmocie!)

Z życia wzięte

Spieprzyłam wszytko!

Znowu to zrobiłam. Wzięłam, go w rękę i strzepnęłam za mocno, a przecież tak się starałam zrobić o delikatnie i z uczuciem… Nie pomogło nawet tarcie i zwilżanie… Cholera całe pieprzenie i nasza przyjemność poszła na marne!*

Jestem gospodynią domową rodem z polski, a dokładnie z Krakowa. Wiadomo co o nas krakusach, mówi się na mieście. Centusie, skąpcy, z jednej torebki herbaty potrafią wyczarować trzy kubki tegoż napoju. I co ja mam na to odpowiedzieć, skoro taka jest prawda? Po co Wam to piszę? A no po to, byście mnie dobrze zrozumieli.
Postanowiłam, że zrobię sobie na obiad gotowane nogi z kurczaka. Wiecie, dietetycznie i smacznie. Niby prosta sprawa, zalać truchło wodą i po robocie, ale odezwał się we mnie typowy krakus i nakazał zrobienie zupy.
No przecież wywar nie będzie się marnował, a że akurat sezon przeziębieniowo-grypowy to i rosół by siadł. Kurczaki naszpikowane antybiotykami więc i profilaktyka zostałaby zachowana.
Tak też zrobiłam.
Wszystko szło zgodnie z przepisem.
Nogi z garnka nie uciekły, warzywa pokrojone bulgotały w towarzystwie przypraw i widać było, że jest im dobrze.
Kot tylko od czasu do czasu wskoczył na blat, by sprawdzić, czy ten kurczak co tam pływa, jednak nie zechciałby się z nim bliżej zapoznać.
Nikt nie przewidział tego, co miało dopiero nadejść.
Dobra, przyznaję się, trochę w tym mojej winy. Zamyśliłam się nad tym, że mam straszliwego kawowego pecha. Za każdym razem, gdy zdradzę swoje miejsce pracy na rzecz innej kawiarni, mam rozstrój żołądka. Boli jak cholera i strach zagląda w oczy przy kichaniu. Pewnie dlatego też na siłownię ubrałam czarne spodnie… W takim gównianym nastroju dokańczałam gotowanie.
*Nie patrząc co robię, chwyciłam pieprzniczkę i tak trzepnęłam, że pół słoiczka zawartości wraz z nakrętką wylądowała w zupie. Zamiast rosołu jest, woda z czarnym trupem, bo większość jednak osiadła na kurczaku. Niestety w momencie zeskrobywania drobinek pieprzu z nogi, ta wyślizgnęła mi się z ręki i chlupnęła tak, że wszystko się zmieszało i już nie było jak przeprowadzić akcji ratunkowej.
Najgorsze jest to, że jednak mój Centuś nie dał za wygraną i postanowiłam ratować rosół, zamieniając go, jak na prawdziwą gospodynię domową przystało w pomidorową. Wiecie, to będzie taka mocno popieprzona pomidorówka… Popieprzona jak ja!