Opowiadania

Dziś o Walnetynkach i pieczonym ziemniaku.

Nie byłabym sobą, gdybym nie uraczyła Was Walentynkową opowiastką, a że mam chwilę wolnego to idealnie się składa. Jest to historia z życia wzięta, więc tym bardziej ją doceńcie.
Kobiety mają taką comiesięczną przypadłość, że pierwszego dnia, pojawienia się Cioci w domu, takiej w czerwonym Ferrari są one Nie-Do-Wy-Trzy-Ma-Nia. Z samego rana oberwało się domownikom za to, że … nie, w sumie szybciej będzie napisać, za co im się nie oberwało, bo ogólnie darłam się o wszystko. Wy mężczyźni tego nie pojmiecie i nawet nie próbujcie, bo rozwali Wam głowę.
*Konkubent Maciej wpadł nawet na taki pomysł, że „NA TE DNI” facet powinien przeprowadzać się do swojej kochanki. Tak, tak musiałby ich mieć tyle by móc se wybrać, taką, która akurat nie rzuca klątwami. No ale do brzegu Katarzyno.
W naszym domu panuje inna forma kalendarza. W sensie takim, że celebrujemy święta tylko wtedy, gdy stan konta pozwala na burżuazję, albo gdy mamy razem wolne. Także czasami urodziny są dwa tygodnie lub miesiąc później, a Walentynki dzień wcześniej jak to miało miejsce wczoraj.
Z tejokazji poszliśmy z Konkubentem na kawę z ciastem. Oczywiście rano przykładnie zahaczając o siłownię, bo wiadomo, nic tak do siebie nie zbliża, jak hektolitry wylanego potu i wzrok pełen nienawiści, gdy ledwo wykonujesz jakieś ćwiczenie i akurat wybranek serca przejdzie obok, bo moglibyście ten pot w innym miejscu produkować np. w łóżku! Aha… nie, przecież Ciotka. Cóż „gość w dom Bóg w dom”.

Jak już z tej siłowni żeśmy się zebrali, wymyli, zjedli i tryliard innych czynności zrobili, to dotarliśmy w końcu na tę kawę. Niestety muszę Was uraczyć kolejną dygresyjką, ale bez tych szczególików nie mielibyście kompletnego zarysu całości. Jak już pewnie nie raz wspominałam, jestem wybredna. Przeważnie nic mi nie smakuje, widelec za duży, filiżanka za mała, cappuccino zza małą ilości pianki. Aaaale, wczoraj było inaczej. Nie skrytykowałam nic! Nooo, może więcej piany bym sobie życzyła w kawie, ale to już zboczenie zawodowe. Co więcej, komplementowałam ciasto! Tylko że już przy ostatnim kęsie… zamarzyłam o chipsach. Kobiety, rozumiecie, prawda? Co ja zrobię, że jednak miałam ochotę na słone…a może ostre? Najlepiej takie pomieszane. Nawet podzieliłam się tą wiedzą z Konkubentem. Coś w stylu
„MAAAAAĆĆĆĆKKUUUUU! Ja nie potrzebuję diamentów na walentynki, mi do szczęścia wystarczyłaby paczka chrupek, którą bym mogła zjeść w samotności, nie dzieląc się z nikim i żeby nie poszło w biodra… kupisz?”
Właśnie w tym momencie wpadł na pomysł z tą kochanką*.
Tegoż samego dnia, wieczorem odbywało się spotkanie Klubu Książki. Co prawda spontanicznie zostało przeniesione do Asi. Na stole prócz herbaty znalazło się ciasto i muffiny. Grzecznie podziękowałam za poczęstunek, bo wychodząc z domu, delikatnie przypomniałam Maciejowi o mym gastrycznym marzeniu, tym bardziej że miał podjechać do sklepu i bałam się, że moja dupa nie wytrzyma takiego natłoku kalorii.

Uwierzcie mi, całą drogę powrotną śliniłam się na spotkanie podniebienia z szorstką fakturą pieczonego ziemniaka. Przeżywałam mikro i makro rozkosze. Przebierałam nóżkami jak mała dziewczynka, gdy rozpakowywał torbę z zakupami… chleb, mozarella, piwo, ser iiiiiiiii…. I TO KURŁA WSZYSTKO! WSZYTSKO, bo zapomniał o chipsikach. Móóóój Bobrze, jak to zabolało. Jaka ja się poczułam oszukana, zawiedziona, zdradzona! Oczywiście nie dałam tego po sobie poznać. W końcu przecież nic się nie stało. Będę zdrowsza, piękniejsza, a że niezaspokojona? Trudno. Nie wiem, czy mina zbitego psa, czy ślina, która skapywała mi po brodzie, podziałała na Konkubenta mobilizująco, bo wziął kluczyki w dłoń i pojechał do sklepu… Pomyślałam, że on to mnie jednak kocha! W mordę! Co będzie, jak dokona złego wyboru konsumpcyjnego? Jak nie trafi w mój gust? Jeśli Ciotka zabierze głos i krzyknie np. „Co żeś ty mi tu przytargał?” Z nerwów nie mogłam usiedzieć na miejscu. W końcu przyjechał mój książę w swej lśniącej Mazdzie i kroczy dumnie, z nie jedną, ale z trzema paczkami chipsów! Trzema różnymi, bo nie wiedziała bida jedna, które do mnie przemówią, albo kupił pod siebie, ale się nie przyznał. Nie ważne. Po co roztrząsać? Jakby tego było mało, ukochanek zaskoczył mnie jeszcze bardziej, wręczając mi… UWAGA! PERŁĘ! TAAAAAAAAAAAAAAAK! Idealną w swoim kształcie, kolorze, wspaniale komponującą się z moją cerą. Długo nie mogłam wyjść z podziwu. Doprawdy nie spodziewałam się tego, zwłaszcza że nie często mogę liczyć na taki gest z jego strony. Co z tego, że była troszkę napoczęta, jej smak i lekkie schłodzenie i tak cudownie współgrał z ostrością chipsów.
Także tego. Wczorajszy wieczór był pełen rozkoszy, to fakt. Można zadowolić swoją kobietę? A no można, tylko trzeba słuchać, czego w danym momencie potrzebuje.

A dla tych kobiet, które samotnie spędzają Walentynki w Irlandii mam cudowną radę. Rozbierzcie się, wyjdźcie na zewnątrz i czekajcie na Dennisa, który już do nas idzie. Tak jak on, to nikt Was nie przeleci! Podobno niezły z niego huragan 😉

Dużo miłości Kochani, luzu i uśmiechu!

Opowiadania

Punkt widzenia.

-Haaaallloooo! Haaaalllooooo! Jest tam kto? – Waleria darła się do telefonu komórkowego, który dostała od córki parę dni temu, ale nadal nie mogła rozgryźć, jak działa ta piekielna maszyna. Kiedyś było prościej. Człowiek chcąc zadzwonić, siadał wygodnie w fotelu, zaparzał kawę i delektował się sygnałem połączenia, bo wiedział, że w końcu usłyszy kogoś z kim dawno się nie widział. A teraz? Teraz, to bez telefonu nie idzie się do toalety. Przed zrobieniem tego, po co się tam przyszło, najpierw sprawdza się stan baterii w smartfonie i dostęp do Internetu, a dopiero ewentualnie później czy jest czym dupę podetrzeć.

Niecierpliwie czeka, aż przyjaciółka w końcu odbierze. Ma jej tyle do opowiedzenia! Nie codziennie przecież jej córka dostaje nową posadę w renomowanej firmie. Co prawda kosztem kogoś innego, bo postanowili odmłodzić załogę i wyrzucili tych, którzy wolniej się uczą i tylko psują wizerunek firmy.
Jadźka ciągle powtarzała, że Sylwunia, to jak sroce spod ogona wypadła, bo jedynie ubrania i operacje plastyczne jej w głowie. Cóż, prawda i sprawiedliwość zawsze się obronią.

Jadwiśka odebrała dopiero po siódmym sygnale.
-Haaaalo, Walka to ty? Haaaalo – zakrzyczała, aż brakło jej tchu.
– I czego się tak drzesz? Toć nie widzisz na ekranie, że to ja dzwonię?
– A skąd mam wiedzieć, że to ty? A może się kto pod ciebie podszywa. Zresztą ty nawet nie wiesz, jaka ja teraz popularna jestem, co chwila do mnie dzwonią, jak nie z Afryki, to z Boliwii albo Pakistanu. Nie wiedziałam nawet, że mam tam kogoś. Chociaż parę dni temu wnusio telefonował i powiedział, że wyjeżdża na wakacje i chciał pożyczyć trochę szmalcu. Powiedziałam mu zgodnie zresztą z prawdą, że smalcu nie mam, bo skraweczek narobiłam. Ot i się obraził. Dziwna ta młodzież teraz, po co komu smalec na drogę? Za naszych czasów to się kanapki z jajkiem robiło, konserwy kupowało, ale stara jestem, to i na nowinkach turystycznych mogę się nie znać.
Zresztą może to i lepiej, że on trochę tłuszczyku chciał, bo chude, to takie. Ni to chłop, ni baba. A tak swoją drogą, ty Walka wiesz, że mojej Zosinie kazali się spakować i z roboty na zbity pysk wyrzucili. Taka to niesprawiedliwość. Podobno czas zrobić miejsce dla młodych i prężnych. Z tego, co ludzie w firmie gadają, to ta nowa na jej miejsce przyszła jakaś lafirynda, której iloraz inteligencji nie powala, ale nadmuchane cycki już tak. Ot i taka niesprawiedliwość!

Halo, halo, Walerka jesteś tam?…

Z życia wzięte

Tyle lat razem, a on nadal żyje… To musi być miłość!

Wy sobie kochani moi nawet nie zdajecie sprawy z tego, jaki ten mój konkubent, to jest śmieszny człowiek.

Wyobraźcie sobie, że Maciej z samego rana przesłał mi mój tekst z zeszłego roku na temat naszej rocznicy. On chyba myślał, że ja nic nowego nie naskrobię, albo dam sobie spokój i nie będę rozpamiętywała tej daty na forum publicznym.
Otóż nie mój drogi, niech ludzie wiedzą, jak ja się z Tobą męczę, ekhmm to znaczy, jak miodem i mlekiem (choć bardziej uczciwie byłoby napisać piwem) płynące były te nasze lata.

Pokrótce dla niewtajemniczonych. Starego swojego poznałam z jakieś szesnaście lat temu. Koleżanka dała mi namiar na Maćkowgo bloga. Ja jak to ja, zakochana w literkach czytałam namiętnie, skomentowałam parę notek i tak, to się zaczęło. Wymieniliśmy się numerem Gadu Gadu (1224439, jeszcze swój pamiętam!) i po pewnym czasie kontakt się urwał. Maćkos miał dziewczynę, ja chłopaka. Jakoś tak po roku znów się do siebie odezwaliśmy. Wyobraźcie sobie, że nawet nie wymieniliśmy się zdjęciami, a mogliśmy sobie podesłać choćby link z kontem do popularnnego wtedy portalu Fotka kropka pl (droga młodzieży, to była taka bieda wersja teraźniejszego Tindera).

Wystarczyło nam to, że ze sobą gadaliśmy. Rozmowy zaczęły nabierać bardziej pikantnego smaku, jakieś motyle czy inne robactwo zagnieździło się w moim brzuchu i wtedy pomyślałam po raz pierwszy, że fajnie by było poznać tego ktosia zza drugiej strony ekranu. Spotkaliśmy się i trafiło mnie jak cholera.
Pokochałam gościa z kolczykiem w ustach, włosami nażelowanymi tak, że firma kosmetyczna, która w tych czasach produkowała ten kosmetyk, wygrywała w rankingach najlepiej sprzedającego się produktu roku.
Pokochałam gościa pełnego pasji i humoru, który potrafi rozśmieszyć mnie w trzy sekundy i wkurzyć w jeszcze krótszym czasie. Pokochałam gościa, który kaszle za każdym razem gdy się zmęczy.
Pokochałam gościa, na którego zawsze mogę liczyć, bo oprócz tego, że jest moją drugą połówką, to jest również moim najlepszym przyjacielem.

Choć wkurza mnie tak, że czasami najchętniej wylałabym mu piwo do zlewu i zakrzyknęła w czasie derbowego meczu, że wygra Cracovia, to jednak tego nie robię…

Nie zawsze jest kolorowo. Żremy się i krzyczymy, wkurzamy na siebie nieustannie. Po tylu latach nadal się siebie uczymy.
I tego nam Stary życzę, byśmy nadal chcieli iść ze sobą przez życie.

Maćku… Ty wiesz… papusiam Cię (Ty Stary grzmocie!)

Z życia wzięte

Spieprzyłam wszytko!

Znowu to zrobiłam. Wzięłam, go w rękę i strzepnęłam za mocno, a przecież tak się starałam zrobić o delikatnie i z uczuciem… Nie pomogło nawet tarcie i zwilżanie… Cholera całe pieprzenie i nasza przyjemność poszła na marne!*

Jestem gospodynią domową rodem z polski, a dokładnie z Krakowa. Wiadomo co o nas krakusach, mówi się na mieście. Centusie, skąpcy, z jednej torebki herbaty potrafią wyczarować trzy kubki tegoż napoju. I co ja mam na to odpowiedzieć, skoro taka jest prawda? Po co Wam to piszę? A no po to, byście mnie dobrze zrozumieli.
Postanowiłam, że zrobię sobie na obiad gotowane nogi z kurczaka. Wiecie, dietetycznie i smacznie. Niby prosta sprawa, zalać truchło wodą i po robocie, ale odezwał się we mnie typowy krakus i nakazał zrobienie zupy.
No przecież wywar nie będzie się marnował, a że akurat sezon przeziębieniowo-grypowy to i rosół by siadł. Kurczaki naszpikowane antybiotykami więc i profilaktyka zostałaby zachowana.
Tak też zrobiłam.
Wszystko szło zgodnie z przepisem.
Nogi z garnka nie uciekły, warzywa pokrojone bulgotały w towarzystwie przypraw i widać było, że jest im dobrze.
Kot tylko od czasu do czasu wskoczył na blat, by sprawdzić, czy ten kurczak co tam pływa, jednak nie zechciałby się z nim bliżej zapoznać.
Nikt nie przewidział tego, co miało dopiero nadejść.
Dobra, przyznaję się, trochę w tym mojej winy. Zamyśliłam się nad tym, że mam straszliwego kawowego pecha. Za każdym razem, gdy zdradzę swoje miejsce pracy na rzecz innej kawiarni, mam rozstrój żołądka. Boli jak cholera i strach zagląda w oczy przy kichaniu. Pewnie dlatego też na siłownię ubrałam czarne spodnie… W takim gównianym nastroju dokańczałam gotowanie.
*Nie patrząc co robię, chwyciłam pieprzniczkę i tak trzepnęłam, że pół słoiczka zawartości wraz z nakrętką wylądowała w zupie. Zamiast rosołu jest, woda z czarnym trupem, bo większość jednak osiadła na kurczaku. Niestety w momencie zeskrobywania drobinek pieprzu z nogi, ta wyślizgnęła mi się z ręki i chlupnęła tak, że wszystko się zmieszało i już nie było jak przeprowadzić akcji ratunkowej.
Najgorsze jest to, że jednak mój Centuś nie dał za wygraną i postanowiłam ratować rosół, zamieniając go, jak na prawdziwą gospodynię domową przystało w pomidorową. Wiecie, to będzie taka mocno popieprzona pomidorówka… Popieprzona jak ja!

Opowiadania

Jednodniowe milionerki.

Wagary od codzienności.
Móóóóój Booobrze!
Jaka ja jestem zmęczona. Powiem Wam, że życie w luksusie jest męczące, dlaczego? Otóż…
Już na samym początku goniłyśmy gościa, który ukradł nasze walizki. Rozumiecie. Podchodzisz do schodów, a tu wybiega chłop i się z Tobą szarpie. Zaczynasz się zastanawiać, co też upchałaś do bagażu i czy jest sens walczyć o dobytek, ale przypominasz sobie, że masz tam książkę, której jeszcze nie skończyłaś czytać i gacie, które elegancją nie grzeszą.
Dopiero po chwili chomiki biegające w Twojej głowie uruchamiają mózg i zwoje zaczynają pracować. Przecież to nie żaden złodziejaszek, a konsjerż. Tu, też doszłam do wniosku, że muszę zacząć dietę, bo chyba i moje gryzonie upasione, bo bardzo wolno reagują. Dobrze, że nie zdążyłam wyprowadzić obezwładniającego ciosu karate!
Ale, ale skąd ta walizka? Otóż…
Wczoraj wieczorem wraz z Beatą pojechałyśmy do Dromoland Castle. Zamku przerobionego na pięciogwiazdkowy hotel. Zrobiłyśmy sobie wagary od codzienności. Dwadzieścia cztery godziny wolnego umysłu. Nie myślenia o tym, co zrobić na obiad, czy zwierzęta nakarmione, a jak nie to DLACZEGO KURŁA ZNOWU NIKT O TYM NIE POMYŚLAŁ, czy ktoś znów jadł z podłogi, bo nakruszone jakby ten gościu co krakowskie gołębie karmi na rynku przeniósł się do nas do domu.
W każdym razie było pięknie, luksusowo, smacznie i na bogato.
Nie pamiętam kiedy ostatni raz na kolację szykowałam się ponad godzinę. Makijaż, fryzura, buty na obcasie. Nie oszukujmy się. Po domu w buciorach się nie gania, a do zwykłej pomidorówki nie będę ubierała obciskających rajstop. Ale taaaaam … to inna historia. W końcu z obrazów zerkają na Ciebie hrabianki i inni niegdyś ważni obywatele ziem Irlandzkich.
Wracając jednak do samej kolacji.
Kiedy ostatni raz odsunięto Ci stołek, gdy zasiadałeś drogi czytelniku do stołu? (Nie, odsuwanie krzesła dla zabawy, żebyś się wywalił się nie liczy!) a kiedy serwetkę ktoś kładła na Twoich kolanach? Choć teraz jak tak sobie myślę, to może specjalnie to zrobili żebym nie musiała się intelektualnie wysilać, nad tym co z nią zrobić. Ale niee, słomę z butów wyciągnęłam przed wejściem do hotelu, więc to pewnie takie mają zasady.
Wracając jednak do samej kolacji…
Jako poczęstunek od szefa kuchni było takie cuś… malutki okrągły krokiecik z mięskiem w środeczku… (dlaczego tak zdrabniam? A no dlatego, że te porcje były tyciusieńkie) pyszne to było fakt, aleeeee nie byłabym sobą, gdybym nie trafiła mi się kość. Móóóój Bobrze, toć ja powinnam wystartować w jakimś programie dla nieszczęśników kulinarnych.
Na przystawkę wybrałam sobie nogę z kaczki w sosie serowym i kukurydzą. Oczywiście nazwy były nie do wymówienia, więc z gracją i elegancją pokazywałam paluszkiem, co chciałabym spożyć. Bo musicie wiedzieć, że wraz z Beatą zachowywałyśmy się jak damy! Co prawda pod stołem na szybko zapytałam wujka Googla, jak powinno się odstawiać sztućce na talerzu żeby pokazać, że smakowało.
Później na stół wjechał szampan, sałatka z dwóch plasterków mozzarelli, trzech plasterków pomidora i szczyptą orzechów… Oblane to jakimś sosem, no ale nie czarujmy się. Takie coś to i ja sobie w domu zrobię i to na pewno nie za dziesięć euro.
Na główne danie wybrałyśmy sobie wołowinę z delikatnym pure ze szpinaku, coś tam z czymś tam wraz z … uwaga fuagra. Se myślę po pierwsze, skoro ta kaczka i tak już straciła życie, a ja w żołądku mam jej nogę, to niech połączy się po śmiertelnie ze swoimi wnętrznościami. W końcu wątroba ważna część, a i ja miałam w planach spożywanie alkoholu, a co dwie wątroby to nie jedna! A po drugie, nie czarujmy się, w życiu nie będzie mnie stać na to by ją zamówić w normalnych warunkach i poznać jej smaku.
Na deser znów zaszalałyśmy, bo wyskoczyłyśmy z sufletem. Jakież to było dobre!
Zresztą wszystko było przepyszne. Na samej kolacji zeszło nam dwie godziny!
Rozumiecie? Przez bite dwie godziny zżarłyśmy, o przepraszam, skonsumowałyśmy pięć mikroskopijnych dań, ale najadłyśmy się jakbyśmy wsunęły ze trzy talerze schabowego.
Po skończonym posiłku wróciłyśmy do pokoju, zrzuciłyśmy te wszystkie fatałaszki, biżuterie, zmyłyśmy maski, ubrałyśmy się w pidżamki i już typowo po polsku głaskałyśmy się po napełnionych brzuszkach. (Każda po swoim, rzecz jasna)
Na drugi dzień wyspane, nie mniej eleganckie zeszłyśmy na śniadanie, które już tak dobre nie było, ale to tylko dlatego, że nie rozumiem Irlandzkiego upodobania do nadmiernego używania sody w każdym z mącznych dań.
A teraz? A teraz chcąc poczuć się nadal jak dama, do posiłku przywdziałam rajty, spódnice i pozwoliłam Konkubentowi zrobić mi kolację. Chłopina się postarał i nawet wymazał talerz ketchupem bym mogła poczuć się znów jak królowa.
Istnieje również możliwość, że ten ketchup to spadł mi po prostu z burgera.
Także tego…
Beata jeszcze raz dziękuję, że postanowiłaś się ze mną podzielić swoim czasem i nagrodą, było pięknie!
Maćku i Tobie dziękuję za to, że nie pozwoliłeś mi do siebie dzwonić, bym mogła choć na chwilę zapomnieć o obowiązkach.

Z życia wzięte

O moim literkowym dilerze w Irlandii.

Z pamiętnika książkoholiczki.
Ostrzegam Was moi mili w tym poście przed zgubnym działaniem takiej strony jak „Zaczytani w Irlandii”, a już przede wszystkim przed dilerem, jaki się pod tą stroną podszywa.
Ta kobieta to książkowe zło, uwierzcie mi na słowo.
Niby tak ładnie się do Was uśmiecha, zawsze miła, grzeczna, uprzejmie odpisuje na wasze wiadomości. To tylko wypucha!
Ona tylko czeka na takich jak ja, spragnionych papieru, drukowanych literek, szelestu kartek, tego delikatnego podmuchu powietrza, który wzmaga się, gdy szybko wertujcie strony.
Ona doskonale zdaje sobie sprawę, że wciągam literki nosem, a zapach farby drukarskiej działa na mnie jak afrodyzjak. Wie, że nie mogę zasnąć bez codziennej dawki literatury i ONA to perfidnie wykorzystuje. Co chwilę wrzuca na stronę nowości wydawnicze, co więcej dba o, to bym nie przegapiła premiery swojej ukochanej serii! Uzależniła mnie od siebie.
To przez nią i przez pana Wiśniewskiego ostatnio nie mogłam się skupić na pracy. Zostało mi ledwie parę stron do skończenia książki, a zegarek nie chciał cofnąć się o kilka minut by dać mi czas na dokończenie powieści. Wpadłam zatem do roboty i zapowiedziałam, że zacznę, jak skończę! Nie udało się, bo ludzi się nalazło i już od progu wołali, KAWY DAJCIE! Odłożyłam książunię karnie na stolik i stanęłam za kawiarką. Najszybciej jak mogłam, wydałam milion Flat łajtów, amerykanów i innych takich obco brzmiących kaw. Gdy tylko kolejka skończyła się formować, zostałam wyrzucona na zaplecze celem dokończenia książki, bo trzęsłam się, jakbym co najmniej sama wypiła te wszystkie kawy. No ale litości! Tak się nie robi czytelnikowi. Nie zostawia się rozwikłania tajemnicy na ostatniej stronie!
Wracając jednak do mojego literowego dilera.
Ona strategię marketingową ma obcykaną do perfekcji. Czemu? Ha!
Zdarzyło się, że byłam na głodzie. Rozumiecie, czytnik ebooków nie zastąpi tych wszystkich doznań.
Czasami potrzebuję pomacać książkę, popieścić strony, rozkoszować się jej ciężkością, wtulić w jej gładziutkie stronice…
I wtedy Ona mówi „NO TO WPADNIJ DO MNIE, MOGĘ CI COŚ POŻYCZYĆ”. Rzucam wszystko i lecę, rozkoszuję się widokiem równo poukładanych książek, dotykam grzbietów, palcami delikatnie sunę po literkach, oddech przyspiesza, w głowie wiruje i już wiem, że przepadłam. I ONA też to wie! Doskonale zdaje sobie sprawę, że następnym razem jak wystawi jakąś nowość, to ja po nią sięgnę.
Będę pracowała więcej i ciężej, szerzej uśmiechała się klientów, bo to przeważnie z ich napiwków kupuję książki.
Dlatego też moi mili ostrzegam Was, jeśli kochacie czytać i jesteście uzależnieni od literatury jak ja, a do najbliższej polskiej księgarni macie jakieś sto kilometrów, to trzymajcie się od Aśki z daleka, bo przepadniecie z kretesem… Wykorzysta waszą miłość, sponiewiera portfel i zostawi z głową pełną nowych historii, wiedzy i ubogaci wasze życie kulturowe.
NIE DAJCIE SIĘ JEJ WCIĄGNĄĆ! Nie zaglądajcie na „zaczytani w Irlandii”, bo przepadniecie!

Opowiadania

Wieczorne czytanie.

…Z cyklu wieczorne czytanie…

Mój bobrze włochaty, pamiętasz ile łez wylałam na książki tego pana( „samotności w sieci” i „los powtórzony”)?

Ileż drzew ucierpiało kładąc swe konary na chusteczki, którymi musiałam wycierać nie tylko mokre policzki, ale i nos z którego kapało jak z kranu, bo Kuba… bo ta dziewczyna, której imienia już nie pamiętam, bo ta ich miłość taka wielka. A to wszystko nie napisane jak ckliwy romans dla podstarzałych pań.

Ta historia nadal siedzi głęboko w mojej duszy i macha nóżkami z niecierpliwości na kontynuację tamtej historii.

Dlatego też odkładam na dziś telefon i pozwalam się porwać panu Januszowi.

Janusz Leon Wiśniewski „koniec samotności”